Hawany ciąg dalszy

Ostatni post na temat mojej kubańskiej przygody na Karaibach zakończyłam na cmentarzu 😀
Post ze względu na ilość zdjęć był bardzo długi, dlatego zdecydowałam się podzielić go dla Waszej wygody.

Tamtego dnia kontynuowaliśmy nasz trip po Hawanie.
Kolejnym przystankiem okazało się Muzeum Che Guevary – Museo Casa del Che, położone na wzgórzu z którego można podziwiać panoramę miasta. Jako, że do fanów komunistycznego reżimu nie należę tak też nie weszłam do środka, bo i co bym tam ujrzała ciekawego? Ale jeśli Wy macie ochotę – droga wolna.

Natomiast z ciekawszych rzeczy na wzgórzu znajduje się coś na kształt repliki Jezusa w Rio de Janeiro, tzw El Cristo de la Habana.

Po wykonaniu kilku fotek ruszamy dalej.

Zjeżdżamy w kierunku Kubańskiej Fortecy, po drodze zatrzymując się na szklankę soku z trzciny cukrowej oraz pina coladę. Przy nas pan, za pomocą specjalnej prasy przeciska pędy trzciny co wygląda niesamowicie!

 

Po tak solidnym nawodnieniu idziemy zdobywać fortece. Prawda jest taka ze poza świetnym widokiem nie ma tam zupełnie nic interesującego 😀
Ale punkt odhaczony 😀

Z drugiej strony widać cały sznur retro samochodów ,które przywiozły tutaj turystów !

Ruszamy naszą różową rakietą w dół ku miastu by zjeść kolacje i zakończyć wycieczkę po Hawanie.

Po drodze, już samodzielnie wstępujemy na słynną ulicę cygar, tuż przy fabryce. Po wielkich targach kupujemy piekne opakowanie cygar na prezent, tych samych które palił Fidel Castro oraz kilka mniej wykwintnych i oczywiście rum 🙂


Tego dnia idziemy jeszcze na drinka i kolejne dwa dni spędzamy włócząc się leniwie po mieście.

Trinidad, czyli miłe zaskoczenie

Rankiem po śniadaniu ruszamy załatwioną przez naszych gospodarzy „taksówką” na dworzec główny, z którego chcemy dostać się do Trinidadu. Akcja ta sama co w Varadero, czyli polowanie na bilety. Niestety tym razem nie ma na nie najmniejszej szansy, tak więc szukamy taksówki która z normalną kwotę zawiezie nas do celu. Miły pan, jeden z wielu którzy nas wołają co rusz, oznajmia że oczekuje 300$ za przejazd bo to daleko etc. Nauczeni już kubańskim zwyczajem zbijamy cenę, pod warunkiem znalezienia chętnych do szerowania pojazdu. Udaje się nakłonić młodą parę Amerykanów, którzy tak jak my jadą w tym samym kierunku.
Jedziemy więc w 4-kę, w miarę nowym autem z klimatyzacją 😀
Samochód zatrzymuje się raz po raz, bo a to kierowca idzie do łazienki, a to przerwa na lanczyk a to coś 😀
Nie mniej jednak najbardziej przygnębia mnie postój na jednej ze stacji, gdzie spotykamy matkę karmiącą ze szczeniakiem. Mój naturalny odruch to zakup jedzenie na stacji, choćby durnego hot doga, niestety półki świecą pustkami, a ostatni raz hot dogi były na przyjazd Obamy. Świetnie! ;/ Serce mi się kraja, ale nie mam jej żywcem co dać 🙁

Tego widoku długo nie mogę wymazać sprzed oczu 🙁
Docieramy do naszej miejscówki, Pan po drodze pyta kilku miejscowych,bowiem GPS-a nie posiada i Google Maps na Kubie totalnie nie działają. Ale docieramy szcześliwie. Wita nas przesympatyczny gospodarz, który z miejsca proponuje świeżo wyciskany sok i ciasto. Trafiamy do przemiłej rodzinki, pokoje są ładne i duże, do tego kuchnia i hol do dyspozycji. Mieszkanko składa się z 3 pokoi, jeden z nich  z czarnoskórymi Holendrami, bardzo sympatycznymi.
Tego dnia udajemy się na pierwsze wstępne zwiedzanko. Nasz gospodarz zamawia nam lokalną taksówkę, którą okazuję się coś na kształt rikszy, czyli rower z dwoma siedzeniami z tyłu. Jest na głupio odmówić, więc wsiadamy, nie mniej jednak jazda po nierównej, starej kostce oraz upał dają się we znaki nam i kierowcy. W połowie zeskakujemy i idziemy pieszo. I tak wystarczająco nas pan podwiózł, a ja poczułam się jakbym go wykorzystywała. Choć patrząc na grubych Amerykanów, którzy bez najmniejszych wyrzutów sumienia wsiadali na owy pojazd, przestałam się dziwić, iż nasz gospodarz na poruszany ów temat nie mógł zrozumieć o jaki wyzysk mi chodzi 😀
Jako, że jesteśmy bardzo głodni ruszamy w pierwszej kolejności znaleźć coś do jedzenia. Wszędzie mięso i ryby pod turystów, więc w ramach kompromisu decydujemy się na pizze z okienka. Mimo próśb o brak sera, dostajemy z serem. Jestem tak głodna, że ją zjadam, a potem zmagam się z problemami żołądkowymi ;/

Gdy sytuacja jest ogarnięta ruszamy eksplorować wąskie, urocze uliczki. To pierwsze miasto na Kubie, które mnie zachwyca, być może dlatego, że podobne jest trochę do Krakowa.

Docieramy do placu, na którym sprzedawcy wystawiają różnego rodzaju biżuterie i pamiątki na świeżym powietrzu.

Oglądamy i kupujemy bransoletki dla mnie i moich przyjaciółek 🙂 Wszystkie ręcznie robione, lubię takie pamiątki.

Następnie kierujemy się by trochę odpocząć i popatrzeć na miasto z góry. Siadamy w przyjemnej restauracyjce i delektujemy się drinkiem przy muzyce na żywo. Na Kubie to taki standard, że w lokalach grana jest muzyka na żywo, następnie muzycy podchodzą zbierać pieniądze i sprzedać gościom swoją płytę. Niestety nie każdy zespół powala jakością muzyki, ale napewno należy im się plus na uśmiech.

Pomału robi się późno więc dalszą część zwiedzania zostawiamy na dzień następny. W zamian za to po prostu idziemy spacerem do domu, by się przebrać i odświeżyć oraz coś zjeść u gospodarza.
Pod domem sąsiada spotykamy kota, któremu radośnie pstrykam fotkę 🙂

Załapujemy się na espresso w budce za rogiem które jest potwornie słodkie,ale smaczne i daje kopa.

Gdy wracamy do „centrum” okazuje się, że odbywa się pokaz tańców kubańskim, ochoczo wiec udajemy się na widownie, zamawiając ówcześnie drina. Wstęp kosztuje 5$ od osoby i jest tego wart. W końcu jakaś fajna miejscówka z tym irytującym kraju!
Po raz pierwszy to co pisano w necie okazało się prawdą i Casa de la Musica wspiął się na wyżyny.

Przy okazji spotykamy naszych mało rozmownych znajomych z podróży 😀
Ten wieczór zaliczam zdecydowanie do udanych!
Po drodze mijamy bardzo ładnie ozdobiony rower, którego siedziska zasługują na fotkę.

Następnego dnia rano gospodarz wita nas przepysznym śniadaniem.

Po sytym posiłku ruszamy na dalsze zwiedzanie. Jest ponad 30 stopni, więc tak naprawdę marzymy by iść do wody, jednak mamy tu tylko ten dzień na zwiedzenia oraz następnego kilka godzin, w których napewno będziemy chcieli odpocząć.

Udajemy się na Plaza Mayor na którym znajduje się  Iglesia Parroquial de la Santisima Trinidad, czyli po prostu kościół.
Plac nosi w sobie znamiona kolonialne i jest tu naprawdę ładnie.

Mija nas pan na koniu, zresztą konie są tu na porządku dziennym.

  

Następnie docieramy do wieży widokowej, przechylonej lekko pod kątem z której rozciąga się piękny widok na miasto. Nie da się ukryć, że tu nie tylko humor nam się poprawia, ale też jedzenie jest tak dobre, że zapominam z wrażenia zrobić zdjęć obiadu:D

Mijamy familie Escobar dla niedowiarków zdjęcie 😀

Po obiedzie idziemy znaleźć Plac 3 Krzyży, co okazuje się dość trudnym zadaniem i miejscowi ledwo pokazują nam drogę. Udaje się jednak i naszym oczom ukazuje się plac z dwoma krzyżami, jeden bowiem ukradziono 😀 Taki zonk 😀

Po tym spacerze, idziemy pobuszować trochę w internecie po drodze mijając konia i torebki zrobione z kapsli po puszkach.
Na stoiskach widzimy też fajne rejestracje samochodowe i później żałujemy braku zakupu.

Trinidad to moim zdaniem najpiękniejsze miasto Kuby i najbardziej godne polecenia. Żałuje trochę, że nie zaplanowałam tu więcej czasu, ale po tak licznych rozczarowaniach na Kubie nie spodziewałam się niczego specjalnego. A tu taka niespodzianka!

 Santa Clara, czyli kubańskie miasto młodych i wielkie rozczarowanie

Następnego przed południa ruszamy szerowaną taksówką do Santa Clary, po drodze zatrzymując się jak zwykle kilkukrotnie, zabierając co jakiś czas autostopowiczów miejscowych i podwożąc ich pod wskazany adres. Dziwne to dla nas trochę, w dodatku wydłuża nam podróż i z tego wszystkiego muszę korzystać z toalety w domu u miejscowych, bo nie ma po drodze stacji. Notabene miła pani nie bierze ode mnie pieniędzy i daje mi guawe na drogę 🙂
Samochód jest stary i z miejscami lekko odchodzi mu podłoga, na miejsce której wstawiona jest tekturka. Aż dziw, że dalej może jeździć!

Docieramy do Santa Clary, która już na wstępnie wydaje się smutna, a nie jak opisują przewodniki tętnicą życiem. Nasza gospodyni okazuje się bizneswomen i zamiast do wskazanego w adresie domku kieruje nas do innego. Oznajmiamy, że nie pójdziemy tam pieszo, dzwoni więc po swojego pracownika, który zawozi nas na miejsce. Pokój jest przytulny, jednak chyba najgorszy ze wszystkich, a i warunki bardziej jak w wynajętym pokoju niż u rodziny. Ustalamy jednak, że chcemy śniadanie następnego poranka, a tymczasem ja idę spać, wykończona po podróży. Gdy się budzę idziemy na rekonesans, zabierając ze sobą parasol, bowiem zanosi się na deszcz. Idziemy na spacer po okolicy, zatrzymując się po drodze na churros które uwielbiam.

Dworzec wygląda smutno, a najbardziej znany hotel tuż przy dworcu, kiedyś tętniący życiem dziś wygląda na opustoszały. W budynku obok odbywa się jakaś impreza i stojący na balkonie mężczyźni bardzo sugestywnie zachęcają mnie by do nich dołączyć. Nie tym razem – odkrzykuje i idziemy dalej. Przemierzając kolejne uliczki odnosimy wrażenie jakby ktoś spuścił życie z miasta i jego mieszkańców. Smutny to widok i jakże odmienny od tych na obrazkach w internecie.
W sklepach spożywczych standardowo niewielki wybór, na szczęście dostajemy wodę i jakieś przekąski.
Udajemy się na obiad, gdzie dostajemy rozgotowany makaron z nutką „sosu pomidorowego” na bazie koncentratu. Jak zwykle- nic specjalnego. Po tym tygodniach na Kubie zaczynamy się śmiać, że kraj ten skutecznie zniechęciłby do weganizmu umarłego, my jednak trzymamy się dzielnie i niecierpliwie czekamy na powrót do dobrego, polskiego jedzenia.
Ponieważ zaczyna padać coraz mocniej uciekamy do naszego mieszkanka gdzie przeczekujemy kiepską aurę.
Na szczęście wieczorem rozpogadza się i udajemy się do słynnej dyskoteki El Mejunje, w nadziei na potańcówkę pełną kubańskich rytmów.


Znów czeka nas rozczarowanie – knajpa bowiem świeci pustkami, jedynie w drugiej, ukrytej przed klientami sali odbywa się jakaś rodzinna impreza. Zostajemy zaproszeni przez starszego pana, by obejrzeć jak jego wnuczka wywija na maleńkiej scenie. Całkiem to widok uroczy, nie da się ukryć 🙂
To trochę poprawia nam nastrój, zwłaszcza że barman zgadza się przygotować nam kanapkę z pomidorem i ogórkiem, co cieszy mój lekko już głodny żołądek. Muszę przyznać, że wypijam tu zdecydowanie zbyt duże ilości Mojhito i Cuba Libre, tłumacze to jednak smutkiem jedzeniowym. Nie wiem bowiem czy wiecie, ale nic tak nie rujnuje mi nastroju jak kiepskie jedzenie, zresztą nie tylko mnie.

Gdy rankiem budzi nas zapach świeżo parzonej kawy wstajemy gotowi na nowe kubańskie wyzwania. Dziś mamy trochę zwiedzania, więc musimy być naładowani energią.
Śniadania to najlepsza część dnia na Kubie, bowiem są pyszne i naprawdę sycące. Albo już przywykliśmy do tutejszych wegańskich możliwości gospodarzy  i przestaliśmy wybrzydzać. Tak czy siak lubię to ciepło- owocowe posiłki, które naprawdę dają kopa.
Po śniadaniu ruszamy w kierunku Mauzoleum Che, mijając po drodze murale

Docieramy do wielkiego pomnika Che i po zrobieniu kilku fotek kupujemy bilety, by wejść do środka.
Ściany zdobią liczne podobizny Che, jego rękopisy i historie na jego temat.
Nic odkrywczego, ale zobaczyć trzeba było 😉
Mam wrażenie, że właśnie tak funkcjonuje Kuba – byleby odhaczyć. Nie winie za to ludzi jako takich, a system który ich w to wpędził. Nie mniej jednak zaskakuje fakt jak bardzo mieszkańcy chwalą życie tu oraz gloryfikują panujący u nich ustój. To właśnie w Santa Clarze po raz pierwszy słyszę pełne współczucia słowa, iż w Polsce nie ma już komunizmu i wielki smutek wyczuwam w głosie mojej rozmówczyni. Nie mogę wyjść z szoku przez dobrą chwilę, nie komentuje tego jednak, bo dyskusja wydaje się być bezcelowa.
Po tej wycieczce nie mamy już chęci na dalsze „atrakcje” miasta, udajemy się na dworzec zarezerwować przejazd na następny dzień do Varadero.
Dzięki miłemu panu, który nas zaprowadza trafiamy, sami bowiem zdążyliśmy się zgubić. Śmieszne jest przechodzenie przez osiedla i obserwowanie życia mieszkańców, którzy na balkonach hodują kury, jednak obrazem który stanął mi przed oczami i przeraził były powieszone na drzewie zwłoki świni i stojący przy nich mężczyźni, czekający jak rzeźnik odetnie przy nich zamówiony kawałek. Jedyne co wtedy poczułam to smutek i napływającą falę nudności, gdy do moich nozdrzy doleciał zapach krwi i rozkładu. Myślę, że dla większości osób nie byłby to miły spacer, a co dopiero dla weganki!
Na dworcu umawiamy się z właścicielem ładnego czerwonego w miarę nowego auta na następny dzień i z ulgą wracamy do domu, wstępując po drodze na pizzę.
Pizza to jedno z nielicznych zjadliwych naszym zdaniem na Kubie wegańskich potraw nie licząc oczywiście owoców i pomidorów, a i ona nie jest najlepsza.
Santa Clara nie powaliła nas na kolana, dlatego wsumie cieszymy się, że następnego dnia wracamy.
Po śniadaniu i krótkim spacerze po okolicy podjeżdża pod nas samochód. Ku naszemu zdumieniu wcale nie ten na który się umawialiśmy tylko stary, rozpadający się tzw. retro car.

Ale do retro to mu daleko, a najdalej mu do podłogi, której miejscami zaklejono kartonem. W środku od strony pasażera nie ma też klamek, a siedzenia nie wyglądają na wygodne.
Z niedowierzaniem patrze na nasz środek transportu po czym idę porozmawiać z kierowcą. Ten udaje, że nic nie rozumie, jak to na Kubie. Samochód mieści w sumie 8 osób a kierowca po drodze z uporem maniaka  zabiera nowych autostopowiczów i podwozi ich pod ich domy, wydłużając tym samym naszą trasę o prawie godzinę. Ekstra! Jestem coraz bardziej poirytowana!

Suma sumarum docieramy do Varadero, za którym po tych wszystkich przebojach naprawdę tęskniłam 😀
W końcu czeka nas dobre jedzenie, a przynajmniej jego większy wybór.
Ostatniego dnia w Varadero robimy duże zakupy i bardzo leniwie spędzamy ten czas. Cieszę się z zakupionych obrazów i masek i powrotu „na stare śmieci” gdzie już kojarze ludzi i ich sposób bycia.

Trudny powrót do Polski

Rankiem przeciągamy się leniwie na łóżku, po czym schodzimy na śniadanie. Bagietka z dżemem, owoce i smoothie są przepyszne i sprawiają, że bez powodu zaczynamy się śmiać. Nasi gospodarze patrzą na nas z zaciekawieniem. Zapomniałam dodać, że te ostatnie dni spędzamy w Casie, która jest takim jakby małym hotelikiem z restauracją na dole.
Cena za śniadanie jak w polskim hotelu +/- czyli 12$ od osoby. Ale tutejsze śniadania są warte każdych pieniędzy, bo są naprawdę pyszne. Zwłaszcza gdy ma się świadomość kubańskiej wegańskiej oferty w tym kraju, którą tak boleśnie nabyliśmy.
Nagle zdaje sobie sprawę, iż taka mała rzecz potrafi tak bardzo mnie ucieszyć, co biorę za dobrą monetę.
Tego dnia leniwie spacerujemy po drugiej stronie miasta, popijamy świeżo wyciśnięte soki, a na obiad jemy tradycyjną kubańską zupę z fasoli – w końcu! Bo jest naprawdę przepyszna i nie wszędzie można ją znaleźć. A może nie jest przepyszna, tylko ja tak się dostosowałam? W każdym razie W Hawanie nasi hości podzieli się ze mną kilkoma przepisami ( choć nie wszystko zrozumiałam i bardziej patrzyłam na proces gotowania, gdyż mój hiszpański nie jest taki świetny niestety 😀 ) i zamierzam je wreszcie wstawić na bloga 😀

 

O 17 jesteśmy gotowi do wyjazdu i wsiadamy do taksówki, która ma nas zwieść na lotnisko.
Docieramy po godzinie i zastajemy pustki. Początkowo nas to nie dziwi, w końcu wylot jest o 21. Jednak zastanawia nas brak informacji na tablicy odlotów i przylotów. ŻADNEJ!
Widzimy przy odprawie gorącą wymianę zdań miłego starszego małżeństwa i ciemnoskórym jegomościem, mówiącym łamaną, aczkolwiek calkiem niezłą polszczyzną. Podchodzę więc i pytam co się dzieje. Okazuje się że samolot jest opóźniony o 3h. Myślę sobie, że 3h to jeszcze żadna tragedia i staram się uspokoić miłe małżeństwo. Kupujemy internet i w między czasie na lotniku pojawiają się pozostali podróżni. Ich też nikt nie poinformował wcześniej, a co poniektórzy przyjechali prosto z drugiego końca Kuby 😉
Czekamy do 21 jednak dalej nikt nie kwapi się by nas odprawić. Nasi przemili współpasażerowie zaczynają się coraz mocniej irytować i szukamy wyjaśnień od totalnie niezorientowanej w sytuacji obsługi. NIKT NIC NIE WIE. NIKT nie przejmuje się, że są tu osoby z malutkimi dziećmi i to je należałoby w pierwszej kolejności poinformować, jakoś o nich zadbać. Wiecie – podróżowanie z maluszkami czy nawet trochę większymi dziećmi to wyzwanie, zwłaszcza dla matek, dlatego tak mocno oburza mnie cały ten bałagan.  Jest godzina 22:30 gdy dowiadujemy się, że samolot dziś NIE PRZYLECI i że możemy wrócić do hoteli.
Możemy?! Och jak miło!
Teraz miarka się przebrała i na lotnisku rozpętuje się awantura i dzwonienie do polskiego biura TUI. Po kilku próbach i zażaleniach biuro przyznaje nam hotel na tą noc musimy poczekać na rezydenta.
Ów rezydent zjawia się po godzinie, zabiera część grupy do autobusu, każąc pozostałym 12 osobom czekać na tych zimnych krzesełkach. Logika co najmniej absurdalna, bowiem wszyscy zmieścilibyśmy się do jednego autobusu.
Poziom wkurzenia wzrasta z każdą minutą, wszyscy są wykończeni. Dopiero przed pierwszą przyjeżdzą autobus który zawiozi nas do hotelu. Tym sposobem idziemy spać koło 2 w nocy.

Jedynym plusem całego tego zamieszania okazuje się właśnie ów hotel, jego położenie bufet jedzeniowy i opisywane na amerykańskich blogach cudowne plaże Varadero.
Teraz pomału jestem w stanie zrozumieć te peany na temat Kuby, jednak w dalszym ciągu, po spojrzeniu na cennik dobowy owego hotelu jestem w szoku, że polityka tego państwa doprowadza do sytuacji w której za prawdziwie 5 gwiazdkowy hotel płaci się jak za pobyt na Seszelach w domku przy plaży. Serio? Okey, nie można przyczepić się do hotelu ani pokoju, ale za 2 tys $/ dobę to chyba nic dziwnego? Jednak jeśli planujecie wyjazd mimo wszystko to ten hotel spełni wszystkie oczekiwania względem Kuby ;3

Zresztą zobaczcie sami 😉 Plaża naprawdę zachwyca <3

_
Mimo to uważam, że jest na świecie masa pięknych miejsc, w których wolałabym być niż wrócić na Kubę. Nie wiem, może za bardzo się irytuje takimi niuansami, ale po prostu lubię zachować jakiś balans, w którym czuje się komfortowo.
I wiadomo, że jak każdy lubię mieszkać w ładnym hotelu z super wygodami i widokami, ale nie jestem chyba tak mocno na to sfokusowana  ( jak to się teraz przyjęło mówić). W wyjazdach poza strefą komfortu zawsze stawiam na relacje z ludźmi i to jest dla mnie najważniejsze, na Kubie tylko kilka osób naprawdę umiliło nam wyjazd ( jak np w Trinidadzie czy Hawanie).
Nie uważam też by moje poprzednie podróże były ” gorsze” i np. pobyt . na Zanzibar był w jakimś stopniu mniej wygodny, a cenowo był przecież bardzo rozsądny.
Tak samo w przypadku Bangkoku, Eljatu, Aten czy Wenecji ( teraz widzę ile zaległych wpisów mam i ile nigdy nie ujrzy światła dziennego 😀 ).

*****

Ale wracając od perypetii, nic nie zwiastuje kolejnych stresów. Jemy spokojnie lunch, śmiejemy się w restauracji przy drinku z naszymi współtowarzyszami i w pewnym sensie cieszymy na powrót do Polski.
O 14 czekamy grzecznie w holu na autobus, która ma nas za godzinę odebrać. Niestety nic takiego się nie dzieje i znów po kolejnych interwencjach dowiadujemy się, że samolot ma opóźnienie i autobus przyjedzie o 17. Nie przyjeżdża, a na lotnisku nikt nie wie a naszym samolocie do Warszawy. O 18 jesteśmy poirytowani, a miła pani z recepcji zamawia nam autobus na nasz koszt. Telefony do TUI  się urywają, a biuro kpi sobie z podróżnych.
O 19 przyjeżdża autobus, za który po bojach z TUI mamy nie płacić. Nagle okazuje się, że wszyscy w samolocie na nas czekają, bowiem grupa pierwsza dotarła na lotnisko 3h temu.
Ciekawe, żę biuro ZAPOMNIAŁO O 12 OSOBACH?! 
Kierowca pruje niczym na rajdzie formuły 1 i już po 35 jesteśmy na miejscu.
Biegniemy do przeprawy, mamy udać się do jakieś szybkiej kolejki. Pani mówi, że ponieważ będziemy biegli do samolotu możemy tu obok w sklepie kupić Rum.Większość korzysta szybko z tej okazji i kupuje po kilka butelek rumu. My kupujemy 1 dużą.
Chwilę później okazuje się, że stoimy w zwykłej kolejce i mamy normalną odprawę. Rum trzeba zostawić w specjalnie przygotowanych koszach. Kolejny szok!
Co więcej za zakupione obrazy na legalnych bazarze, celnik pobieram ode mnie opłatę. Początkowo żąda 50$ od obrazu, kwota to jednak spada do 50$ za całość, gdy udaje mi się wytłumaczyć mu absurd tej sytuacji.
Po tych jakże miłych zaskoczeniach biegniemy z podręcznymi bagażami jak strzały do samolotu…….. którego NIE MA! Nie przyleciał i nie wiadomo kiedy będzie.
Razem z innymi pasażerami koczujemy tak następne 3h nim samolot okazuje się zdolny do lotu. ( wcześniej bowiem okazalo się, że owszem przyleciał, ale miał problemy z tankowaniem etc..)
Wchodzimy na poklad gdzie czeka nas kolejna niespodzianka – brak naszych miejsc. Jako, że jest to lot łączony z Montego Bay, a lotnisko na Kubie nie ma NAJMNIEJSZEGO POŁĄCZENIA z tamtym listy pasażerów nie docierają do Varadero co skutkuje tym, że „dosiadający się” pasażerowie mają zajmować dostępne miejsca. Niektórzy, tak jak my, zapłacili dodatkowo za miejsca, a teraz taka niespodzianka.
Dobrze, że ja i nasza dwójka przyjaciół znajdujemy miejsce obok siebie, to przynajmniej w jakimś stopniu umila tą podróż.
I w woli ścisłości – TUI DOSKONALE WIE O SYTUACJI, BOWIEM DZIEJE SIĘ TAK OD 15 LAT, ALE ZWYCZAJNIE NIC Z TYM NIE ROBI!!! Tym sposobem przestaje lubić to biuro i NIKOMU Z WAS GO NIE POLECAM!
_

*********************

Ja wiem, że może za dużo narzekam na Kubę, bo dość mocno mnie rozczarowała i wiem też że każdy oczekuje czegoś innego.
Ja po prostu naczytawszy się wcześniej o pełnych peanów walorach Kuby nastawiłam się na znacznie więcej.
Ogólnie im dłużej od wyjazdu tym lepiej go wspominam, nie mniej jednak nie planuje powrotu do tego kraju.

 

Po powrocie do Polski i długim oczekiwaniu uzyskaliśmy odszkodowanie, jednak i tak wolałabym spokojny lot niż to całe zamieszania.

 

Podsumowując:

Na Kubie spędziliśmy zarówno piękne i miłe chwile jak i te gorsze, jednak tych gorszych było w moim odczuciu zdecydowanie za dużo. Za dużo, by z czystym sumieniem polecić Wam wyjazd do tego kraju, ale decyzja należy do Was.
A może już byliście i macie osobne przemyślenia?
Dajcie znać – chętnie posłucham! <3

kategoria: #Inne, #Podróże
 Październik 26, 2017