Z zaskoczenia

Jest czwartek wieczór gdy na ekranie telefonu rozpoznaje znany mi numer. Nie dziwi mnie, że dzwoni, ostatnio bowiem dużo rozmawiamy, bardziej intryguje mnie pora. Chwytam telefon i naciskam zieloną słuchawkę.
– Jakie masz plany na ferie?- pyta
– Siedzę w Krakowie, nic specjalnego. – odpowiadam
– W takim razie pakuj walizki w letnie ciuszki, lecimy w sobotę na Zanzibar! – komunikuje mi radośnie mój rozmówca.
– Gdzie?! Ale jak to?!- dopytuje zszokowana
– Wykupiłem wycieczkę z okazji Twoich urodzin- słyszę w odpowiedzi.

Gadamy jeszcze chwilę po czym wędruje do pokoju by przygotować ubrania do zabrania. Takiego spontana nie miałam dawno i nie mogę ukryć zaskoczenia i radości. Od dawna planowałam się tam wybrać, a teraz okazało się to realne! Farciara ze mnie 🙂

 


 

Początek

Podróż zaczyna się w momencie gdy wsiadam w Katowicach do samochodu, ktorym dojadę do lotniska w Warszawie. Po drodze natrafiamy na wypadek, który opóźnia podróż o 40 minut, na szczęście mamy spory zapas czasu. Samochód sunie po drodze 160km/h zwalniając jedynie w terenie zabudowanym. Ktoś mógłby zastanawiać się czy tak brawurowa jazda po polskich drogach nie budzie we mnie lęku, jest jednak zdecydowanie odwrotnie, sama bowiem lubie szybko jeździć.

Docieramy do Warszawy i ku mojemu zdumieniu bładzimy, co zmusza mojego kierowcę do chwilowej jazdy pod prąd. Uff nikt nas nie widział..adrenalina podskoczyła.

Po tej przygodzie cali i zdrowi docieramy na lotnisko, gdzie na czas rozładunku walizek, parkujemy na pobliskim parkingu.

Jest 20:00, zbiórka zaczęła się 5 minut wcześniej, jednak kolejka do odprawy ciągnie się, jakby wszyscy przyjechali conajmniej 2h temu. Cóż poradzić, staje na końcu i czekam na swoją kolej.

Przede mną pary z dziećmi przeplatają się ze starszymi małżeństwami. Nie widzę grupek w moim wieku, do których mogłabym potencjalnie się przyłączyć, przynajmniej nie w chwili obecnej. No nic, jak nie teraz to może w hotelu, zresztą ostatecznie zawsze znajduje przyjaznych ludzi, z którymi spędzam czas. Z takim przeświadczeniem docieram do miłego pana, który z przykrością informuje mnie, że miejsca przy oknie „wyszły”. Ach, co za szczęście! No nic, dostaję fotel przy korytarzu, przynajmniej będzie można wyciągnąć nogi :).

Po błyskawicznej kontroli bagaży moje nogi kierują się w stronę Maka. Tak wiem, że to wujek samo zło, ale frytki raz na jakiś czas nie zabiły żadnego weganina.
Mój żołądek ogarnia szok, że w końcu od 5 dni dostaje coś co nie jest sokiem czy smoothie.
No dobra, zjadłam z dziewczynami po sesji, więc nie powinien się tak dziwić.
Sytuacje ratuje gorąca herbata, inaczej byłoby ciężko.
Do odlotu zostały 2h, całkiem przyzwoicie. Usadawiam się więc na krzesełku nieopodal gejtu przydzielonego dla mojego lotu. Po godzinie ustawia się sznureczek, ja jednak olewam nadgorliwy tłum i czekam aż zostanę poproszona. Wchodzenie na końcu to zdecydowanie moja domena, której nie popiera mój chłopak.
Zgodnie z przypuszczeniami ja oraz kilku podobnie myślących pasażerów zostaje poproszonych o podejście do brameczki :).
Moje miejsce znajduje się na samym początku samolotu, zaraz za tzw. klasą biznes, o ile takowa istnieje w czarterach..
Jak się potem okazuje głównym jej plusem jest lepsze jedzenie, z którego na upartego mogłabym wydziubać trochę sałaty z mikroskopijnej miseczki oraz garść świeżych owoców.

Co kto lubi 😉

Nie przyzwyczajona do tego typu lotów, napotykam pierwszy mikro szok zaraz po starcie.

Kocyk i poduszka nie jest wliczona w cenę i należy się za nią dodatkowa danina. Nie jest to suma, która zdrenuje kieszeń, ale budzi lekki niesmak sam proceder. Moja duma odmawia zapłaty, jednak po prawdzie dres w którym jadę jest na tyle ciepły, że ogrzałby fokę na antarktydzie.

Postanawiam sprawdzić ofertę rozrywki na ekranie przede mną. I tu napotykam na kolejny mikro szok, który wywołuje u mnie napad śmiechu, sprowadzając spojrzenia współpasażerów na mą osobę. Cóż, nikt nie mówił, że należy zachować powagę.

Oferta kinematograficzna opiewa na całe DWA filmy, z których obydwa to bajki dla dzieci, które widziałam conajmniej dwa razy w zeszłym roku. No nic, po uspokojeniu wybuchu śmiechu, od którego aż boli mnie brzuch, daję szansę tutejszej muzycznej liście. Właściwie nie wiem co ja sobie myślałam? Że nagle doznam olśnienia i zacznę piać peany na część tutejszego zbioru? Nadzieja umiera ostatnia..

No nic, dobrze że jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony, odpalam słuchawki i spotifaja. Na wypadek nudy, ściągnęłam z Appstore podcasty po hiszpańsku, w ramach osłuchania się z językiem.

Brawo ja!

Rozkoszując się ulubioną playlistą zostaje wytrącona z muzycznego letargu lewym sierpowym od siedzącego obok współpasażera. Pan jest zdecydowania za duży na fotele w klasie economy, a jakby tego było mało, najwyraźniej zapomniał umyć zębów przed odlotem. O matko i córko, co to będzie za lot!

Na poprawę humoru wyciągam mojego bezglutenowego, podwójnie wypasionego burgera. Tak wiem, wiem, że jedzenie o 1:30 w nocy to może nie najlepszy pomysł, ale mój żołądek ma całkiem odmienne zdanie w tej kwestii.

Burger pachnie obłędnie domowym sosem bbq, co znów nieuchronnie ściąga na mnie wzrok ciekawskich pasażerów po mojej prawej i lewej.

O tak moi drodzy- jem burgera o niebo lepszego niż te mięsne, które macie w zwyczaju. Nawet bym się podzieliła, ale aż tak się nie znamy.
Tak więc zjadam go sama, popijajc herbatką i z słuchawkami w uszach próbuje zasnąć.
Jak na złość sen nie przychodzi, mimo że normalnie już by spała.
Wyjmuję więc Aira z torby i postanawiam się doszkolić, jak przystało na przyszłego coacha.
30 stron później czuję, że Orfeusz się zlitował i zaprasza do siebie. Odkładam sprzęt na bok, ustawiam muzyczkę do snu i udaję się na drzemkę.

Ze snu budzą mnie płaczące dzieci. Wszystko pięknie ładnie, maluszki są śliczne i urocze, ale odnoszę wrażenie, że podróżowanie z dziećmi dłużej niż 4h samolotem to czysty egoizm rodzica, a nie przyjemność dla maleństwa.

Zresztą i rodzic nie ma jak zmurżyć oka, gdy siedzi na nim, lub co gorsza skacze po kolonach jego pociecha, krzycząc przy tym radośnie na pół samolotu. Rodzic, a uściślając rodzicielka, bo to ona dzierży opiekę nad swym potomstwem, bawiąc, karmiąc, tuląc do snu i przywijając, podczas gdy dumny tatuś siedzi wygodnie w fotelu obok, jakby nigdy nic. Sama nie wiem co w owej sytuacji irytuje mnie bardziej- matki nie potrafiące uspokoić swych pociech czy ojcowie dumni z podzielania się plemnikem i uważający, że ich rola właśnie w owym momencie dobiegła końca. Może jestem zbyt ostra w moim osądzie, jednak to zachowanie owych ojców składnia mnie ku temu. Jaki bowiem można mieć stosunek, gdy przed oczami staje jedynie widok matki, na której ów szkrab wieżga, dokazuje, domaga się przeciągłej uwagi i wcale nie ma ochoty na drzemkę. Ów tatuś nawet nie zaproponuje pomocy matce swego potomstwa. Czyżby głowa rodziny czuła się niegodna podejmowania tak „błahych” obowiązków jakim jest opieka nad własnym dzieckiem? Współczuje tym żoną, których mężowie zachowują się podobnie, ja bowiem zostałam wychowana przez obojga rodziców po równo, a też jako szkrab latałam samolotami. Może to dzisiejsi ojcowie zapomnieli czym jest tacierzyństwo, rozpieszczeni przez mass media wmawiające wszem i wobec, że rolą kobiety jest być idealną matką, żoną i kochanką; podczas gdy im przypada w udziale przynoszenie przysłowiowego kawała mięsa do domu. Królowie lwy we własnej osobie- welcome.
Nie mówie, że tak jest zawsze, może po prostu trafiłam na dzień matczynej opieki, nie mniej jednak tak przebiega cała podróż. Młode mamy budzą moją sporą sympatię i gdyby nie to, że naprawdę marzę by się przespać, zaoferowałabym pomoc przy małych słodziakach. Dalej uważam, że dzieci są urocze, jedyne co mnie irytuje to nierówny podział obowiązków w rodzinie, ale to przecież nie wina małego szkraba 🙂 Chyba jednak trochę feministka ze mnie.


Hotel i plaża

Po zapłaceniu za wizę na lotnisku, udajemy się do podstawionego przez biuro podróży busika rozwożącego gości do hoteli.
Okazuje się, że lotnisko oddalone jest od hotelu prawie o godzinę, więc mamy sporo czasu by oglądać krajobraz podczas drogi. Oczywiście po 20 minutach zasypiam i budzę się dopiero pod hotelem. Nie wiem jak Wy, ale ja z łatwością zasypiam w komunikacji wszelkiego rodzaju, nawet gdy nie jestem śpiąca. Przypuszczam, że w poprzednim wcieleniu byłam kotem 😀

Docieramy do hotelu, który usytuowany jest na samej plaży. Dostaje śliczny pokój w domku krytym strzechą z wielkim łóżkiem małżeńskim oraz sporym tarasem.
Hotel naprawdę robi wrażenie, jest duży i bardzo ładny, posiada 3 baseny i cudowną, białą plażę. Tak właśnie wyobrażam sobie raj 🙂
Na moje szczęście hotel prowadzą Włosi,więc jedzenie jest niesamowite i pełne wegańskich pyszności. Za każdym razem najadam się jak dzika, wybór dań dla wegan jest bardzo duży, łącznie z deserami i makaronami robionymi na miejscu.  Mango i papaja, którymi się tutaj zajadam smakują inaczej niż te, które możemy dostać w Polsce i chyba pierwszy raz zjadam je w takiej ilości.
Po rozpakowaniu manatek, radośnie biegnę na plaże, chwytwać ciepłe promienie słońca i wskaksuję do oceanu. Jest cudownie gorąco! Woda, słońca i plaża – coż więcej potrzeba człowiekowi do szczęścia? 🙂
Co prawda moja skóra nie ma predyspozycji do opalenia się na czarno, o czym zawsze marzę, ale kolor złotej brzoskwini też nie jest zły 🙂

Ludzie

Tak gościnnych i serdecznych ludzi jak na Zanizbarze, nie poznałam dawno. Zanzibarczycy chętnie pomagają i bez interesownie są zainteresowani tobą i twoim życiem. Świetnie mówią po angielsku, niemiecku, francusku a nawet  włosku, przy czym większość z nich nauczyła się owych języków sama, od turystów. Niesamowite, czyż nie?
Pracownicy hotelu to osoby wykształcone, wiele z nim ma studia lub odpowiedniki naszej zawodówki. Bez ukończonej szkoły i znajomości jęzków żaden hotel ich nie zatrudni, dlatego tak dużą uwagę przykładają oni do wyników osiąganych w szkole.
Będąc tam miałam akurat uczyć się do egzaminu, żartowałam więc jak bardzo nie mam ochoty, marudząc naszym zanzibarskim przyjaciołom. W odpowiedzi poza oczywistych ” dasz radę” usłyszałam jaki to ważne żebym zdała i jak cenna jest nauka. Zupełnie inne podejście niż u nas, bowiem tam nie ma czegoś takiego jak drugi termin. Nie zdajesz- dziękujemy do widzenia.
A ja myślałam, że to my – polscy studenci mamy ciężko 😀
Jeden z naszych nowo poznanych przyjaciół tak nas polubił ( z wzajemnością) iż bez wahania zaprosił nas na swój ślub w grudniu, pytając jeszcze czy owy termin będzie dla nas odpowiedni 😀 To się nazywa spontaniczność!

Masajowie

Afrykańscy policjanci – ochroniarze w jednym – tak można by nazwać tutejszych Masajów. W naszym hotelu jest ich kilku, zawsze dwóch zajmujących  się pilnowaniem bramy, kilku innych terenu hotelowej plaży, a jeszcze inni przechadzają się po terenie hotelu sprawdzając czy wszystko jest wporządku. Bardzo sympatyczni, uczynni i ciekawi świata, raz po raz zapraszają nas do odwiedzenia swoich sklepów zlokalizowanych przy plaży, bądź rodzinnych wiosek gdzieś w głębi Tanzani.
Z wieloma z nich nawiązuję przyjaźń i za każdym razem jestem oczarowana ich zachowaniem oraz ogromem serdeczności.
Ba! Dostaje nawet dwie propozycje zamąż pójścia! 🙂
Co do samych Masajów to ci którzy kręcą się po plaży nie są prawdziwymi Masajami, a raczej takim trochę pod turystów, tylko nieliczni faktycznie mieszkają na pustynii i żyją wedle tradycji. Jednak obroną na taki zarzut jest często słyszane powiedzenie ” A czy Polak w Angilii to już nie Polak?” Dla mnie jednak filozofia masajska to coś więcej niż bycie Tanzanijczykiem, nie mniej jednak kompletnie mi nie przeszkadza to naciąganie reguł. Co więcej – już wiem, że ponowanie wrócę do tego raju!

Zakupy

Jeśli chcecie z Afryki przywieźć maski i obrazy najlepiej wybrać się na spacer wzdłuż plaży, gdzie znajdziecie wiele lokalnych sklepików obsługiwanych przez Masajów. Będzie nie tylko taniej niż w stolicy, ale też realnie wesprzecie lokalnych twórców i ich rodziny. Zobaczycie proces tworzenia obrazu na własne oczy oraz metodę splotu bransoletki, którą założy wam na rękę sprzedawca. Sama takich bransoletek dostałam az 4 w prezencie od moich masajskich przyjaciół! 🙂
Czy jest drogo? Wszystko zależy od Waszych negocjatorskich umiejętności – trzeba się bowiem targować. Inaczej naprawdę zapłacicie za dużo.
Co fajnego zobaczycie jeszcze spacerując po plaży?
Kilka salonów SPA ( okey może trochę nazwa na wyrost – jest to bowiem domek, lub pół domku krytego strzechą i kilka łóżek ułożonych na piasku) do których koniecznie musicie udać się na masaż. Zachaczcie też o miejscowego fryzjera, który zrobi Wam afrykańskie warkoczyki! Naprawdę polecam, wymaga to jednak dystansu do siebie i szerokiego uśmiechu, nie łatwo bowiem przywyknąć do noej, egzotycznej fryzury. Ja byłam zachwycona, jednak otoczenie reagowało różnie 🙂

Odpoczynek

Na Zanzibarze odpoczniecie przez wielki O. Szerokie, białe plaże, ciepły ocean  z piękną rafą koralową i pyszne drinki z palemką to wszystko czego na Was na tej rajskiej wyspie. Do tego masaż pod palmami czy też opalanie z kokosem w dłoni.
Dawno nie miałam okazji pływać w tak ciepłym oceanie, pierwszy raz była też świadkiem przypływu i odpływu, przez które ocean raz po raz cofał się i zalewał plaże. Pięknie, niespotykany widok, który zapewne Was zachwyci!
Na uwieńczenie dnia możecie udać się na lokalną imprezę lub zostać w hotelu oglądając liczne show, które każdego dnia jest zmieniane. Nam chyba najbardziej podobał się masai show oraz wieczór Michaela Jackson’a. W wykonaniu Afrykańczyków każdy taniec wygląda na łatwy, dla mnie jednak powtórzenie ich ruchów nie jest takie oczywiste.
Oni po prostu mają to we krwi 🙂
Kolejną fajną propozycją spędzania wieczoru okazała się impreza na basenie. Zawsze chciałam na takiej być, a tu trafiłam na nią calkiem przypadkiem spacerując po plaży. Nie sądziłam, że nasz hotel jest taki duży i z ciekawości zajrzałam w drogę powrotną w stronę muzyki. Uchyliłam drzwi i zostałam wciągnięta w wir tańca. Cóż to była za impreza!! No może i trochę zmokłam, ale warto było! 🙂 Jako, że nie mogę załadować filmiku wysyłam jedno ze zdjęć z początku zabawy 😉

Spice Farm, Prison Island & Stone Town

Razem z przyjaciółmi postanowiłam wybrać się na wycieczkę po wyspie, odwiedzając kilka ważnych punktów wyspy.
Ja jak to ja nie mogłam znaleźć naszego autobusu, więc spóżniona wpadłam na ostanią chwilę. Nie było jednak tak źle, bowiem obsuwa zajęła mi jedynie 10 minut, co i tak nie umknęło Aliemu- naszemu przewodnikowi. Sądzilibyście, że Afrykańczycy są tak punktualni?
Pogoda nam sprzyjała – słoneczko pięknie świeciło, zresztą jak każdego dnia tutaj 😉
Pierwszym punktem programu okazała się Farma przypraw i owoców tzw Spice Farm, prowadzona przez lokalną społeczność.
Na farmach mieszkają całe rodziny z dziećmi, każdego dnia doglądając czy wszystko jest w porządku.
Zszokował nas widok małych, bosych dzieci, wyciągająch rączki po słodycze. To ważne by zabrać ze sobą prezenty dla dzieci w postaci słodyczy, kredek, zeszytów i tego typu drobiazgów. Starsi będę chcieli nawiązać z Wami stały kontakt, najchętniej po to, by poprosić o wysyłkę słowników, telefonów czy laptopów.  Na koniec wycieczki zostaniecie poczęstowani owocami i zachęceni do zakupu przypraw, jednak nie kupujcie ich jeśli nie chceci przepłacić 😉 W mieście i na plaży dostaniecie to samo, w korzystniejszej cenie.

Kolejnym punktem wycieczki jest przeprawa łodzią na Prison Island, dawną wyspę na którą zsyłano więźniów, upychająć po kilku w ciasnych celach. Obecnie część przekształcono w luksusowy hotel, jednak pozostałe do zwiedzania dawne cele, robią upiorne wrażenie. Dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że raj jakim wydaje się być Zanzibar, dla niektórych stawał się istnym piekłem. Z rozmyślań wybiją mnie słowa przewodnika, który jakby czytał w moich myślach ” To byli przestępcy”. No tak, od razu czuję się spokojniejsza.

Jednak prawdziwy i główny cel naszej wizyty tu to Sanktuarium dla Żółwi. Żółwie na całym Zanzibarze są chronione, jednak mimo kar i wysokiej ceny jaką żółwie mieso uzyskuje na czarnym rynku, wciąż znajdują się chętni na ten tzw. rarytas. Patrząc na te piękne stworzenia nie mogę zrozumieć jak ktoś może myśleć o tym by je zjeść! Okropność!
Dlatego tym istotniejsza jest działalność owego miejsca.
Żółwie okazują się wyjątkowo przyjazne, chętnie dają się głaskać i jedzą liście z ręki. Są bardzo miłe w dotyku i jestem nimi zachwycona. Robimy sobie wspólne zdjęcie, na którym to moja żółwica Luiza, jak ją nazwałam wychodzi bardziej uroczo. Co prawda jak ustaliłyśmy leczy kaca po wczorajszej imprezie, ale dalej wygląda słodko. Po akceptacji, dostaje pozwolenia na publikacje wspólnej foteczki. 🙂
Ciekawostką okazuje się obecność dużej klatki z małymi żółwiami. Początkowo dochodzę do wniosku, że ma to zabezpieczać małe żółwie przed dużymi, które mogłby je zmiażdżyć. okazuje się jednak żę owa klatka ma zabezpieczać żółwiki przed ludźmi. Niektórzy bowiem turyści wpadają na pomysł zabierania małych do kieszeni i wypuszczania ich na ląd, bądź co gorsze do oceanu! Halo!! – to są żółwie lądowe!
Jak widać najlepszą ochroną jest obwarowanie kratami przed ludźmi – smutne.
W każdym razie porcje dziennego tulenia z żółwiami zaliczyłam co najmniej podwójna i wcale nie chciałam iść zwiedzać miasta 😀 Wiecie jakiego mam hopla na punkcie zwierząt i muszę przyznać, że trochę brakuje mi tu mojego kota.
Wychodząc z Sanktuarium dostaliśmy trochę czasu wolnego na tej małej wysepce na zrobienie zdjęć i odpoczynek. Ach cóż to były za widoki!! <3

 

Po relaksie na plaży ruszyliśmy łódką w kierunku stolicy Zanzibaru- Stone Town.
Miasto znajduje się na liścię światowego dziedzictwa UNESCO i jest mieszanką kultury arabskiej, indyjskiej, europejskiej i afrykańskiej. Urzeka wąskimi uliczkami, małymi sklepikami i unoszącym się w powietrzu zapachu cynamonu. Miasto znane jest na świecie dzięki słynnemu Freddiemu Mercury, wokaliście zespołu Queen. Jeśli jednak nie macie ochoty zglądać do środka, lub tak jak my jesteście zbyt obładowani zakupami 😀 możecie zrobić sobie zdjęcie przed domem 🙂 a właściwie przed drzwiami ;).
Tak przy okazji polecam zaglądnąć do znajdującego się na przeciwko sklepu jubilerskiego i zakupy jednej choćby rzeczy z bogatego i urzekającego asortymentu biżuterii z tanzanitem.

Gdy już wyczerpiecie limit selfiaczków na tle drzwi wasze kroki powinny skierować się w stronę Muzeum Niewolnictwa, które warte jest 5-cio doloarowej inwestycji. Wysokie na 1 metr piwnice o wielkości ok. 15m, w których trzymano 70-cio niewolników bez dostępu do wody, jedzenia czy nawet toalety przez 3 dni robią duże wrażenie. Przygnębiające. Moja empatia jak zwykle jest za wysoka i czuję jak ogarnia mnie smutek i złość, na to co stało się tamtym ludziom.
Nie pomaga fakt, iż tych którzy nie przetrwali owych 3 dni męczarni, dobijano, a tzw. silnych sprzedawano jak rzeczy na targu. Wychodzę poczytać historię, oglądając uzupełniajace opisy zdjęcia, na piętrze muzeum.
Nasz przewodnik prowadzi nas na zewnątrz, by pokazać nam upamiętniający te wydarzenia pomnik. Jest to wykopany betonowy dół z umieszczonymi w środku posągami Afrykańczyków, z zawieszonymi na szyjach kajdanami. Rzeźba jest jak żywa i mam wrażenie, że stojąca w pierszym rzędzie kobieta patrzy na mnie wymownie. Brr.. cóż za osobliwe uczucie!
Nasz miły przewodnik podchodzi do mnie i pyta czy coś się stało, jest wyraźnie zmartwiony. Odpowiadam, że wszystko wporządku, po prostu wczułam się w sytuacje tamtych ludzi. Uśmiecha się szeroko i odpowiada, że dawno nie spotkał takiej osoby jak ja. Nie do końca wiem czy to komplement czy nie, fakt jest taki, że na poprawę humoru prowadzi nas do miejscowego malarza, gdzie moją uwagę przyciąga piękny, wielki, kolorowy słoń. Po wielkich negocjajach sprzedawca
zdejmuje obraz z ram i zwija w rulon który będzie można zabrać do Polski.

Ruszamy w kierunku targu, gdzie od wejścia atakują nas powiewające wokół zapachy djrzewających owoców, warzyw i przypraw. Zatrzymujemy się na jedynym ze stoisk i zaopatrujemy się w cynamon, laski wanilii, gałkę muszkatałową i całą gamę, którą oferuje wyspa.
Zgubiliśmy grupę, na szczęście mamy przewodnika, który zapewnia że spokojnie możemy udać się na dalsze zakupy.
Nie trzeba nam tego dwa razy powtarzać. W ciągu następnych 3h włóczymy się po wąskich uliczkach w poszukiwaniu najpiękniejszych obrazów, chust oraz masek. Dobrze, że jest z nami Ali, który mimo znudzenia naszym zakupowym szałem, cierpliwie siedzi bądź nosi zakupy. Gdy w końcu docieramy do busa, grupa kipi ze złości. Ups! Okazuje się, że nasi współtowarzysze nie mieli tzw. czasu wolnego i teraz to my musimy poczekać. Nic nie szkodzi, możemy poczekać 🙂
Suma sumarum wszyscy wracają zadowoleni dzięki czemu możemy zacząć lepiej się poznać, już w drodze powrotnej do hotelu.
Objuczona torbami wysiadam z autobusu i zmęczona, ale usatysfakcjonowana idę do domku. Wyłożone na łóżku „zdobycze” robią wrażenie, czas najwyższy założyć nową sukienkę na kolację.
Uwielbiam tutejsze jedzenie, jednak kolacje są zdecydowanie najbardziej wystawne. Duszone bakłażany stają się moim absolutnym hitem, zaraz po wspaniałym fussili aglio olio lub arrabiata. Do tego świeże mango, papaja i mini bananki oraz mus kokosowy i lampka wina to moje ulubione kolacyjne połączenie. Tak jak już wspominałam właściciele są Włochami i jak to Włosi znają się na jedzeniu jak mało kto. Idealnie trafiają w moje kubki smakowe i jestem niemal pewna, że do Polski wróce z 3kg cięższa. Teraz jednak kompletnie nie zawracam sobie tym głowy, bowiem kto by się przejmował takim błahostkami będąc w raju? 🙂

 

Imprezy

Zanzibarczycy lubią się bawić, muzyka jest niemal wpisana w ich kulturę i tradycję. Nic dziwnego więc, że tutejsze kobiety z niesamowitą gracją prezentują swoje wdzięki na różnego rodzaju show organizowanych dla turystów.
Co do typowych dyskotek to umówmy się – to niej est Ibiza, Goa czy Tajlandia gdzie imprezy są na każdym kroku 7 dni w tygodniu.
Co prawda hotele organizują zabawy, jak np impreza basenowa, która byłam moim absolutnym hitem, lecz i tu można znaleźć miejscówki do tańca.
Nasz przyjaciel Rashid zaprowadził nas do knajpeczki na plaży o nazwie Makelele Bar, prowadzoną przez młodych Włochów, gdzie co tydzień odbywają się imprezy. My mieliśmy pecha i DJ zachorował, jednak miejscówka wprost magiczna. I nawet jeśli muzykę puszczono z komputera, drinki popijane w barze w plaży tworzyły co najmniej magiczną atmosferę. Jeśli dodam, że trafiliśmy na pełnie księżyca, napewno wiecie co mam na myśli.
Apropo pełni, co miesiąc na plaży Kendwa odbywają się imprezy by uczcić tę okazję, więc jeśli chcecie poimprezować wybierzcie się właśnie tam!

 

Zachód słońca na Matemwe i żółwie morskie w Nungwi

Mój pobyt na Zanzi zbiega się z Walentynkami, dlatego z tej okazji wybierałam się na wycieczkę po wyspie.
Najpierw udaliśmy się na snorkling, gdzie żałowałam iż nie mam aparatu do robienia zdjęć podwodnych, krajobraz który malował się przed moimi oczami podobny był do tego z bajki ” Gdzie jest Nemo?”. Niesamowite widoki! Śliczne, kolorowe rybki, bujna rafa koralowa, przejrzysta woda. Za jedną z rybek udałam się w „pogoń” przez co z trudem wydostałam się z osiedla jeżowców, dostając przy tym bure od instruktora tłumaczącego jak lekkomyślne było moje zachowanie 😀 Cóż, bywa i tak, nie mniej jednak nikomu krzywda się nie stała, za to wrażenia warte były wszelkich ” trudności”. Po drodze zobaczyłam rodzinę błazenków oraz rybkę łudząco przypominającą Dori 🙂

Z plaży udaliśmy się do żółwiego wodnego sanktuarium mieszczącego się na północy wyspy w miejscowości Nungwi. Jak już wspominałam żółwie są obiektem kłusowników dlatego działania pracowników farmy są niezwykle ważne. Żółwie są bardzo przyjacielskie, pozwalają się dotykać i miło z nimi popływać. Akwarium w którym pływają jest wytworem natury i składa się z dwóch części. Wielkie to pojęcie względne, moim zdaniem są duże, ale miejsca dla żółwi nigdy dosyć. Pływając wśród tych mniejszych zaprzyjaźniłam się z jednym z zielonych żółwi, nazywanym przeze mnie Luizą. Nie, nie miałam pewności czy to dziewczynka, jednak imię przypadło jej chyba do gustu, bowiem zaprowadziła mnie do królowej. Ach- ale nie byle jakiej królowej a 42 letniej i całkiem sporych rozmiarów! Prawdę mówiąc tak się przestraszyłam, że wypłynęłam na zewnątrz niczym rakieta!
Trudno się nie wystraszyć, gdy płyniesz sobie spokojnie za żółwim przewodnikiem, który nagle zanurza się coraz głębiej. Płyniesz niczego nie świadom za nim by nagle na dnie, pokrytym brązowym mułem i kamieniami wpaść na żółwice wielkości niewielkiej wanny! Ba- żółw wykazuje zainteresowanie twoją osobą wysuwając głowę w geście pozdrowienia. I powiedzcie mi, że też byście nie spanikowali! 🙂 Luiza wypłynęła za mną wyraźnie zszokowana i zniesmaczona moim zachowaniem po czym udała się do swoich koleżanek poplotkować o dziwnej dziewczynie.
Gdy ochłonęłam wróciłam popatrzeć co porabia królowa, ta jednak spała w najlepsze nie zwracając na mnie uwagi.
Wróciłam na brzeg strzelić sobie selfi z Leonidasem widocznym na zdjęciu poniżej 🙂

 

Po wysuszeniu ubrań udaliśmy się obejrzeć jak przebiega proces produkcji łodzi, gdzie nie mogłam wyjść z szoku, iż stojąca przede mną konstrukcja zrobiona jest bez użycia maszyn ani nawet szlifierki. Wszystko od początku do końca to wytwór ludzkich dłoni i godzin ciężkiej pracy.

 

Następny i ostatni przystanek przypada na przepięknej plaży Matemwe gdzie dostajemy kosz owoców, które następnie zostają obrane i ladnie ułożone na talerzach, do tego kolorowy drink i leżak z widokiem na ocean. Ach jak cudownie! Zostajemy tutaj aż do zachodu słońca delektując się ogrzewającym nasze ciała słońcem. Kocham takie słodkie nic nie robienie na wakacjach.
Nawet moje krnąbrne, kręcone włosy, które dosłownie robią co chcą przestają mi przeszkadzać 🙂
Plaża ta nie tylko jest piękna i szeroka, za co chwalą ją turyści i mieszkańcy, ale też można na niej spotkać uratowaną małpkę, która chętnie w zamian za kawałek mango czy banana da się pogłaskać. Uważajcie jednak, bo małpka jak to małpka potrafi być nieznośna, gryźć i kaprysić. Nie mniej jednak jej słodkie oczka rekompensują potencjalne zadrapania!!
Zanzibar dosłownie wkradł się w moje serce sprawiając, że poczułam się jak w domu. Mimo licznych podróży bez dwóch zdań to właśnie ta niewielka wyspa okazała się bardziej magiczna niż sądziłam, sprawiając że chciałabym tu wracać nie raz. Cudowne białe plaże, serdeczni i przyjacielscy mieszkańcy od których bije niesamowite wręcz ciepło i pogoda ducha, słońce i cudowne jedzenie.
Nic więc dziwnego, że Zanzibar uważany jest za ziemski raj 🙂

Z tego miejsca chciałam podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, których tam poznałam, nie tylko mieszkańców takich jak Rashid, dzięki któremu mogłam zobaczyć rafę koralową i przeżyć zachód słońca na rajskiej plaży, Aliemu- naszemu przewodnikowi, który dzielnie towarzyszył nam podczas mojego buszowania w sklepach, wszystkim Masajom którzy stali się dla mnie przyjaciółmi i z którymi w dalszym ciągu utrzymuje kontakt, ale też przyjaciołom z Polski, których miałam okazję tam poznać! To były cudowne wakacje Kochani!! 🙂 <3

 

kategoria: #Podróże
 Maj 8, 2017